Marcin Bogusławski: „Szlachetne techniki ścienne wpisują się w architekturę na setki lat”
Na warszawskim Żoliborzu, w prywatnym kinie, powstała baśniowa mozaika inspirowana naturą. Opowiada o niej autor, Marcin Bogusławski, artysta specjalizujący się w malarstwie ściennym.
17
Marcin Bogusławski jest autorem kilkudziesięciu prac w szlachetnych technikach ściennych. Jedną z ostatnich, które stworzył, jest mozaika na Żoliborzu, która stała się pretekstem do tego wywiadu. Rozmowa, która miała dotyczyć tylko jej, potoczyła się dużo dalej.
Artysta przybliża istotę stosowanych przez siebie szlachetnych technik ściennych, mówi szerzej o zainteresowaniu mozaikami i malarstwie ściennym w okresie PRL-u, swojej ścieżce kariery, mistrzowskim systemie nauczania, a także o architekturze, która stanowi dla niego ważny punkt odniesienia.

Jest pan autorem mozaiki w posiadłości na warszawskim Żoliborzu, w której ma powstać prywatne kino. Idea prywatnego kina wydaje się bardzo interesująca. Co to za miejsce?
Marcin Bogusławski: Nie wiem jeszcze dokładnie, jak budynek będzie funkcjonował po otwarciu. Powstaje w sąsiedztwie modernistycznej willi przy ulicy Felińskiego przesyconej sztuką i wzornictwem najwyższej próby. Właściciel, oprócz wielu innych działalności, jest producentem filmowym specjalizującym się w filmach dokumentalnych. Postanowił wybudować w ogrodzie własne kino.
Czy będzie to kino studyjne?
Marcin Bogusławski: Nie jestem pewien, czy będzie miało charakter studyjny, czy będą tam odbywały się wyłącznie prywatne seanse.
Wróćmy do mozaiki.
Marcin Bogusławski: Zadanie projektowe, które otrzymałem zawierało dwa główne punkty odniesienia: kino i ogród.
Jak połączył pan te dwa światy?
Chciałem połączyć naturę oraz elementy magiczne, baśniowe, które mogłyby wprowadzać widza w atmosferę kina. Powstało kilka projektów w technice akwareli, z których jeden został wybrany. Zawiera motywy solarne: słońca, księżyce i gwiazdy, połączone z monumentalnymi, przeskalowanymi motywami kwiatowymi. Wszystko rozgrywa się na błękitnym tle, które może kojarzyć się zarówno z niebem, jak i z wodą. W zamyśle miało to być połączenie natury z aurą miejsca.
Czy od początku było wiadomo, że praca zostanie wykonana w technice mozaiki?
Marcin Bogusławski: Nie. Na początku w ogóle nie rozmawialiśmy o mozaice. Gdy już powstał pomysł, by była to mozaika, chciałem wykorzystać stare kafle wypalane przez Jana Misiaka w latach 60. i 70. Każdy z nich ma nieco inny odcień, a dodatkowo są tak przygotowane, że można je ręcznie łamać. To piękny materiał na mozaikę.
Udało mi się je zdobyć i planowałem ich użycie w realizacji. Zaprosiłem jednak na konsultację technologiczną zaprzyjaźnionego ceramika. Zwrócił uwagę, że kafle zostały wypalone w stosunkowo niskiej temperaturze – około 800–900 stopni. Ponieważ mozaika znajduje się na zewnątrz i częściowo poniżej poziomu gruntu, istniało ryzyko, że materiał zawilgotnieje, a później zostanie uszkodzony przez mróz.

Musiałem więc kupić nowe płytki gresowe i zamówić kafle ręcznie wypalane w temperaturze powyżej 1200 stopni C. Zależało mi na tym, aby w mozaice uzyskać efekt migotliwości i bogactwa kolorystycznego, który naturalnie występował w starych kaflach Misiaka.
Żeby osiągnąć podobny rezultat, trzeba było przygotować ogromną liczbę kolorów i elementów. Płytki były najpierw cięte na paski, później na małe kwadraty, a dopiero potem dopasowywane do konkretnych kształtów. Myślę, że w sumie przygotowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy tesser.

Ogromne przedsięwzięcie!
Marcin Bogusławski: Także od strony technicznej. Fragment przy wejściu jest płaski, ale później mozaika przechodzi w łuk o niemal 180 stopniach, a następnie wygina się jeszcze w przeciwnym kierunku. Musiałem więc przygotować specjalne formy.
Część pracy wykonywałem w pracowni, ale najbardziej skomplikowane fragmenty trzeba było układać już bezpośrednio na miejscu. Sam proces wykonania, montażu, uzupełniania połączeń i fugowania trwał około pół roku.

Gdzieś przeczytałam, że spośród około osiemdziesięciu pięciu realizacji z pana portfolio wszystkie zostały wykonane osobiście. Czy rzeczywiście przy tak dużych przedsięwzięciach nie korzysta pan z pomocy wykonawców?
Marcin Bogusławski: Przy każdej realizacji jestem autorem i wykonawcą i jestem obecny od początku do końca. Oczywiście na niektórych etapach potrzebna jest pomoc. Przy pracy nad tą mozaiką zatrudniłem dwoje studentów, którzy przez trzy miesiące pomagali mi przygotowywać materiały. Przy montażu dużych elementów również przydaje się druga osoba, choćby po to, aby przytrzymać fragment podczas osadzania. Natomiast każdą realizację projektuję sam i w powstawaniu każdej uczestniczę osobiście. To dla mnie bardzo ważne.


Specjalizuje się pan w sgraffito, mozaice i innych technikach ściennych. Dlaczego wybrał pan właśnie te, a nie inne?
Marcin Bogusławski: Interesują mnie szlachetne techniki ścienne. Do tej grupy zaliczamy: fresk mokry, fresk suchy, technikę krzemianową, czyli stereochromię, sgraffito oraz mozaikę. Wszystkie są technikami malarskimi. Istnieje zasadnicza różnica między nimi a muralem czy graffiti. Mural i graffiti są nastawione na tymczasowość. To często działania związane z bieżącym komunikatem, reklamą albo reakcją na konkretne wydarzenie. Techniki szlachetne opierają się na zupełnie innym myśleniu. Liczy się w nich trwałość, jakość wykonania i wpisanie dzieła w architekturę. Mają pozostać w przestrzeni przez dziesięciolecia, a czasem przez stulecia. Historia sztuki pokazuje, że freskom, mozaikom czy sgraffitom to się udaje.

W pewnym sensie odpowiedział pan już na pytanie o wybór specjalizacji, ale chciałabym jeszcze doprecyzować. Zatrzymajmy się na chwilę przy początkach pana kariery.
Marcin Bogusławski: Studiowałem na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Działa tam Pracownia Technik i Technologii Malarstwa Ściennego. Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z pracownią prowadzoną przez profesora Edwarda Tarkowskiego, po prostu zakochałem się w tych technikach.
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem pigmenty, ich nasycenie, żywość kolorów. Do tego doszła możliwość pracy w tynku, w zaprawie, modelowania powierzchni, uzyskiwania różnych faktur – od gładkich po bardzo szorstkie – stosowanie piasku o rozmaitej frakcji, barwie, zmienianie proporcji wapna. Wszystko to można łączyć z freskiem czy stereochromią. Te możliwości były tak ogromne, że całkowicie mnie pochłonęły.
Duże znaczenie miała też osoba profesora Edwarda Tarkowskiego. Był niekwestionowanym mistrzem. Uważam, że tych technik można nauczyć się wyłącznie w systemie mistrzowskim. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś próbowałby opanować je wyłącznie na podstawie książek czy suchych opisów technologicznych.
W Polsce zachowała się ciągłość przekazywania tej wiedzy. Moim mistrzem był Edward Tarkowski. Jego mistrzem był Kazimierz Smuczak. Mistrzem Kazimierza Smuczaka był Henryk Rosen. Każdy zna swoją genealogię i wie, od kogo się uczył. Ta ciągłość nie została u nas przerwana, podczas gdy w wielu innych krajach już tak. Nawet Włosi przyjeżdżają do Polski uczyć się fresku.
A jednak przez wiele lat realizacje powstałe w tych technikach nie były doceniane i bezrefleksyjnie je niszczono. Dotyczyło to zwłaszcza sztuki okresu PRL-u. Dziś obserwujemy zwrot – jest potrzeba ratowania tego dziedzictwa, jednocześnie współcześni artyści sięgają po te techniki.
Marcin Bogusławski: Rzeczywiście malarstwo ścienne okresu PRL-u przez długie lata pozostawało niedocenione. Dotyczyło to sgraffit, fresków i mozaik, choć mam wrażenie, że właśnie mozaiki ucierpiały najbardziej.
Przykładów nie trzeba długo szukać. Zniszczenie mozaik w Domu Chłopa, mozaik w Supersamie. Pamiętam, że jednym z pierwszych głośnych protestów powstrzymujących ten proceder była sprawa mozaik w Syrenim Śpiewie, gdy pojawiło się zagrożenie ich usunięcia. Z czasem zaczęły powstawać oddolne inicjatywy. Powstała Nieformalna Rada ds. Mozaiki, która zajęła się między innymi czyszczeniem mozaik w szpitalu przy ulicy Banacha. Wystartowały blogi poświęcone temu tematowi, takie jak „Warszawskie Mozaiki”. Ukazała się także książka Pawła Giergonia „Mozaika warszawska”, która na pewno przyczyniła się do popularyzacji wiedzy o tej dziedzinie sztuki.
To wszystko sprawiło, że wzrosła społeczna wrażliwość na tego typu realizacje. Nie oznacza to jednak, że problem został rozwiązany. Wciąż wiele obiektów pozostaje zaniedbanych. Owszem, niektóre mozaiki są odkrywane, eksponowane i poddawane konserwacji, ale nadal jest wiele przykładów, które pokazują, jak długa droga jeszcze przed nami.
Niedawno odsłonięto przy ul. Marszałkowskiej pod płytami GK mozaiki Hanny Żuławskiej, a także ceramiczne kafle wykonane przez Bolesława Książka produkowane na Łysej Górze. Coraz częściej dokonywane są wpisy do rejestru zabytków obejmujące mozaiki. W Warszawie chronione są już na przykład realizacje Wojciecha Fangora na Dworcu Śródmieście, mozaiki Brodowskiego na Woli, niedawno wpisano mozaiki przy ul Foksal.
To wszystko cieszy, ale wciąż zdarzają się sytuacje niezrozumiałe. Niedaleko stąd, na wewnętrznym dziedzińcu Narodowego Banku Polskiego, znajdują się szklane mozaiki autorstwa Marii Leszczyńskiej. Są stale zasłonięte banerami reklamowymi. Zamiast je wyczyścić i wyeksponować, bank ukrywa je za materiałami promocyjnymi, które i tak oglądają wyłącznie pracownicy. To pokazuje, że nadal mamy problem ze świadomością wartości tych realizacji.
Jako dydaktyk przekazuje pan wiedzę na temat szlachetnych technik kolejnym pokoleniom. Czy ma pan uczniów, którzy przejmują pałeczkę?
Marcin Bogusławski: Byłem ostatnim asystentem profesora Edwarda Tarkowskiego. Razem ze mną pracowali wtedy również dr Łukasz Majcherowicz i dr Sylwester Piędziejewski. Mieli większy staż w pracowni i po odejściu profesora przejęli jej prowadzenie. Kontynuują nauczanie technik i technologii malarstwa ściennego. Ja poszedłem w stronę praktyki.
Realizuję własne projekty i każdego roku moje portfolio wzbogaca się o kilka nowych realizacji. W tym będzie ich prawdopodobnie dziewięć, a może nawet jedenaście.
Jeśli uczę, to przede wszystkim poprzez wspólną pracę przy realizacjach.






Dwa lata temu, kiedy wykonywałem sgraffito w Bibliotece Narodowej, zamieściłem ogłoszenie skierowane do osób zainteresowanych pracą przy projekcie. Rozpowszechniłem je między innymi na Wydziale Malarstwa ASP i mediach społecznościowych wydziału. Zgłosiło się pięć osób.
Po przyjrzeniu się ich doświadczeniu, okazało się, że większość miała za sobą jedynie pojedyncze, niewielkie realizacje. A tu skala pracy była zupełnie inna.
Przy realizacji dla Biblioteki Narodowej wykonywaliśmy nawet po jedenaście metrów kwadratowych sgraffita dziennie. To są ogromne powierzchnie. Realizacja ma około 140 metrów kwadratowych. W takich sytuacjach uczę przez działanie. Ktoś przychodzi do pracy, uczestniczy w procesie i na żywo poznaje sposób wykonywania prac w technikach szlachetnych. Bardzo przypomina to model funkcjonowania dawnej pracowni profesora Tarkowskiego. Była to zresztą naprawdę niezwykła pracownia.
Chciałabym zapytać o współczesny mecenat. Inwestorzy instytucjonalni miewają budżety na kosztowne realizacje, ale są też prywatni zleceniodawcy, czego przykładem jest choćby realizacja na Żoliborzu. Jak wygląda dziś proporcja między realizacjami wykonywanymi dla klientów prywatnych, a tymi powstającymi dla biznesowych? Czy mozaika na dobre wróciła już do prywatnych domów?
Marcin Bogusławski: Nie żyjemy już w rzeczywistości PRL-u, kiedy obowiązywała zasada decorum i część budżetu inwestycji przeznaczano na sztukę. Właśnie dzięki temu powstawały rzeźby, płaskorzeźby, freski, mozaiki czy sgraffita obecne na stadionach, przy hutach, zakładach pracy, w kinach i wielu innych miejscach użyteczności publicznej.
Jakiś czas temu oddałam do druku książkę Aleksandry Boćkowskiej „Mozaika. Bielsko-Biała”, w której jest rozdział poświęcony mozaice Ignacego Bieńka na murze fabryki „Welux”. Powstała na zlecenie Zakładów Przemysłu Wełnianego.
Marcin Bogusławski: To był system. Działały komisje przy Związku Polskich Artystów Plastyków, które oceniały projekty i sprawowały nad nimi pewien nadzór. W praktyce jednak tylko kilkunastu twórców realizowało największe zamówienia.
Dziś takiego mecenatu już nie ma. Nie ma również w Polsce takiego myślenia, że określony procent inwestycji powinien zostać przeznaczony na sztukę.
Z drugiej strony mamy zupełnie inną sytuację społeczną. Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte nie sprzyjały kosztownym realizacjom. Ludzie skupiali się na podstawowych potrzebach. Sztuka była gdzieś dalej w kolejce.
Dopiero kiedy społeczeństwo się wzbogaciło i dojrzało do kolekcjonowania czy zamawiania sztuki, zainteresowanie zaczęło wracać. Dzisiaj obserwuję prawdziwy renesans technik ściennych – zarówno sgraffita, jak i mozaiki czy innych szlachetnych technik.

Czyli prywatni inwestorzy odgrywają dziś znaczącą rolę?
Marcin Bogusławski: Tak. Trudno mi dokładnie określić proporcje, ale zdecydowana większość moich realizacji powstaje obecnie dla prywatnych inwestorów.
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Mozaika w miasteczku Siewierz Jeziorna była finansowana przez inwestora pomysłodawcę idei miasta. Z kolei realizacja w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy – Bibliotece Głównej Województwa Mazowieckiego przy Koszykowej powstała przy okazji stulecia istnienia tej instytucji.
Tam sytuacja była bardzo ciekawa. Na wewnętrznym dziedzińcu wyburzono dwa budynki i wprowadzono współczesną plombę zaprojektowaną przez pracownię Bulanda Mucha Architekci. Moje sgraffito znalazło się dokładnie na styku historycznej architektury i nowej części budynku. Stało się rodzajem łącznika między tymi dwoma światami.

Ale generalnie są to przede wszystkim prywatni inwestorzy. Nawet gdy realizowałem trójbarwne sgraffito ze złoceniami w Płocku, w Małachowiance [najstarszym w Polsce Liceum Ogólnokształcącym im. Marszałka Stanisława Małachowskiego], mecenasem przedsięwzięcia był prywatny absolwent tej szkoły Pan Marek Chojnacki
A czy deweloperzy doceniają ten rodzaj sztuki?
Marcin Bogusławski: Coraz częściej sięgają po sztukę, szczególnie w częściach wspólnych budynków. Wykonywałem sgraffita między innymi w inwestycjach przy ulicy Białej Floty, Wilanowskiej czy przy Berezyńskiej, gdzie stworzyłem w technice krzemianowej abstrakcyjną mapę historycznego założenia urbanistycznego Saskiej Kępy.
Coraz więcej inwestorów dostrzega, że sztuka może budować tożsamość miejsca i podnosić jego wartość.
Jakie doświadczenia ma pan z instytucjami publicznymi?
Marcin Bogusławski: Bardzo dobre. Przykładem może być Centrum Kultury Filmowej imienia Andrzeja Wajdy, dla którego wykonałem w Al. Ujazdowskich 20 sgraffito oparte na szkicach reżysera. W tym roku realizowałem również trzydziestojednometrowe sgraffito dla kina Tęcza. Oficjalne otwarcie nastąpi jesienią.
Pracuję też nad kolejną realizacją dla tego miejsca. W lipcu będę wykonywał mozaikę przy wejściu do kina, również na zlecenie CKF. Muszę przyznać, że otrzymuję bardzo dużo zapytań od instytucji publicznych. Problem polega jednak na tym, że są to kosztowne techniki. Bardzo często zainteresowanie kończy się na etapie rozmów, kiedy przedstawiam realne koszty wykonania.
Właśnie – o pieniądzach mówi się stosunkowo rzadko. Tymczasem przygotowanie takich realizacji wymaga dużo czasu i jest kosztowne.
Marcin Bogusławski: To prawda. W przypadku mozaiki przy ulicy Felińskiego początkowo zakładałem wykorzystanie historycznych kafli. Ostatecznie musiałem jednak kupić nowe materiały. Sam zakup płytek kosztował kilkadziesiąt tysięcy złotych. Co ważne, nie były to nawet najdroższe materiały dostępne na rynku. Gdyby ktoś chciał wykorzystać oryginalną włoską smaltę [ręcznie wytwarzane barwione w masie szkło mozaikowe produkowane we Włoszech, zwłaszcza w okolicach Wenecji], koszty rosłyby błyskawicznie. Niektóre kolory są bardzo drogie, a złote kostki osiągają astronomiczne ceny. W przypadku mozaiki nie kupuje się jednego koloru. Żeby uzyskać głębię, światło, przejścia tonalne i efekt migotania powierzchni, trzeba pracować na dziesiątkach odcieni. To oznacza konieczność zakupu ogromnej liczby materiałów jeszcze przed rozpoczęciem pracy. W efekcie już sam etap przygotowania realizacji wymaga bardzo poważnych nakładów finansowych.

Mimo to zainteresowanie rośnie.
Marcin Bogusławski: Zdecydowanie. I bardzo mnie to cieszy.
Mam poczucie, że wraca myślenie o sztuce jako integralnej części architektury. Nie jako dekoracji dodawanej na końcu procesu inwestycyjnego, ale jako elemencie współtworzącym przestrzeń. To właśnie wtedy powstają najlepsze realizacje.
Pracując w szlachetnych technikach ściennych, nie porzucił pan malarstwa sztalugowego. Jak funkcjonuje się pomiędzy tymi dwoma światami? Z jednej strony realizacje związane z architekturą, często w monumentalnej skali, z drugiej malarstwo sztalugowe.
Marcin Bogusławski: Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, kiedy próbowałem przekonywać inwestorów do technik ściennych, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Chodziłem od pracowni do pracowni, tłumaczyłem, czym są te techniki, dlaczego warto je stosować i w nie inwestować. W skali roku udawało mi się zdobyć jedną realizację, czasem dwie.
Miałem wtedy bardzo dużo czasu na malarstwo sztalugowe. Tworzyłem całe cykle liczące po kilkadziesiąt obrazów. Właściwie utrzymywałem się głównie z malarstwa. Nie współpracowałem z żadną galerią, ale ludzie przychodzili do pracowni i kupowali obrazy.
Cały czas maluję. Na piętrze mam jeszcze kilkaset obrazów. Pracownia jest cały czas gotowa do pracy. Dzisiaj jednak czasu mam znacznie mniej.
Ze względu na realizacje w technikach ściennych?
Marcin Bogusławski: Zdecydowanie. W styczniu skończyłem mozaikę przy ulicy Felińskiego. W lutym i marcu wykonywałem sgraffito do kina Tęcza. Teraz przygotowuję projekty kolejnych realizacji. W lipcu będę robił kolejną mozaikę do kina Tęcza, we wrześniu sgraffito w Fortach na Służewiu, a w listopadzie realizację w hotelu Hilton przy ulicy Poznańskiej.
Do tego doszedł grant poświęcony popularyzacji warszawskich mozaik. Chcę przygotować dziesięć materiałów filmowych na ten temat, dwa wykłady oraz warsztaty poświęcone mozaikom, które planuję przeprowadzić w swojej pracowni.
Pracuję również na uczelni, w Pracowni Rysunku i Malarstwa profesora Mariusza Woszczyńskiego na Wydziale Rzeźby. No i jeszcze rodzina. Nie narzekam na nadmiar wolnego czasu.
A jednak nie rezygnuje pan z malarstwa sztalugowego.
Marcin Bogusławski: Jeżeli udaje mi się wygospodarować dwa miesiące w roku wyłącznie na malowanie, jest to prawdziwe święto.
Malarstwo ścienne wymaga ogromnej dyscypliny technologicznej. We fresku wszystko musi odbywać się w odpowiednim tempie. Pędzel trzeba prowadzić określonym ruchem i z odpowiednią prędkością. Trzeba cały czas kontrolować proces technologiczny. Nie można pracować ani za wolno, ani za szybko. Jeżeli coś pójdzie nie tak, zaczyna pracować wapno, zmienia się powierzchnia, zmienia się sposób wiązania pigmentu.
W malarstwie sztalugowym mogę sobie pozwolić na większą swobodę, więcej ekspresji, luzu, mogę pracować bardziej intuicyjnie. Bardzo to cenię i bardzo tego potrzebuję.

Pochodzi pan z rodziny architektów. Czy pana fascynacja architekturą i technikami ściennymi ma z tym związek? Czy dorastał pan na budowach?
Marcin Bogusławski: Nie, na budowach nie dorastałem. Ale rzeczywiście pochodzę z rodziny architektów. Architektami byli mój dziadek Jan Bogusławski i babcia Aniela Bogusławska. Architektami są moi rodzice. Architektem był również mój stryj Marcin Bogusławski. Architektura była więc obecna od początku w moim życiu.
Pamiętam, że jako kilkuletni chłopak chodziłem z ojcem na Politechnikę Warszawską, gdzie dostawałem kredę i mogłem rysować na tablicy, podczas gdy tata prowadził zajęcia ze studentami. Natomiast sama decyzja o zajęciu się malarstwem ściennym pojawiła się niezależnie. Po prostu zakochałem się w tej dziedzinie i pozostaję tej miłości wierny.
Ale architektura pozostaje dla pana ważnym punktem odniesienia?
Marcin Bogusławski: Bardzo ważnym. Uważam architekturę za matkę wszystkich sztuk.
Jeżeli się nad tym zastanowić, bez architektury nie byłoby miejsca dla malarstwa ściennego. Podobnie jest z wieloma innymi dziedzinami sztuki. One istnieją obok architektury, w architekturze albo wobec niej.
Mam też poczucie, że wiele najważniejszych zmian kulturowych i estetycznych zaczynało się właśnie od architektury. Dopiero później były one podejmowane przez inne dziedziny sztuki. W przypadku malarstwa ściennego związek z architekturą jest szczególnie silny. Nie da się oddzielić fresku, sgraffita czy mozaiki od ścian, na których powstają.
Sgraffito ma bardzo długą historię. Jego najwcześniejszych form można doszukiwać się już na ceramice starożytnej, ale z czasem technika ta weszła do architektury. W renesansie zaczęła obejmować całe elewacje budynków i właściwie pozostała tam do dziś.
Podobnie było z freskiem. Najważniejsze realizacje zawsze były związane z konkretnymi przestrzeniami – kościołami, pałacami, budynkami publicznymi. Dlatego tak ważne jest dla mnie myślenie o relacji między dziełem a miejscem. Liczy się orientacja względem stron świata, sposób oświetlenia, charakter architektury, proporcje przestrzeni. Wszystko musi ze sobą współpracować.
Jeżeli sztuka zostaje uwzględniona już na etapie projektowym i zachowuje swoje miejsce aż do końca realizacji inwestycji, efekty potrafią być naprawdę wyjątkowe.
Myślę, że to idealne zakończenie naszej rozmowy. Dziękuję.
Marcin Bogusławski: Dziękuję bardzo.

Marcin Bogusławski
Artysta malarz, specjalizuje się w malarstwie ściennym, w szczególności w sgrafficie. Zaprojektował i osobiście wykonał ponad 85 realizacji ściennych w technikach sgraffita, fresku, mozaiki. Monumentalne realizacje jego autorstwa zdobią m.in. Bibliotekę Narodową w Warszawie, Bibliotekę Główną Województwa Mazowieckiego przy ul. Koszykowej w Warszawie, średniowieczną wieżę przy liceum im. Marszałka Małachowskiego w Płocku, wieżę ratuszową w miasteczku Siewierz Jeziorna czy Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy w Warszawie oraz biura, hotele, pałace, mieszkania, domy w całej Polsce.
Rocznik 1980. W 2006 roku obronił dyplom na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom powstał pod kierunkiem prof. Stanisława Baja, aneks – praca z malarstwa ściennego – u prof. Edwarda Tarkowskiego. Był stypendystą Falmouth College of Art w Wielkiej Brytanii oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Od 2014 do 2017 r. był asystentem prof. Edwarda Tarkowskiego w Pracowni Technik i Technologii Malarstwa Ściennego warszawskiej ASP. Od 2018 jest asystentem prof. Mariusza Woszczyńskiego w Pracowni Malarstwa i Rysunku na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP. W 2022 r. uzyskał tytuł doktora sztuki.
Oprócz malarstwa ściennego uprawia malarstwo sztalugowe, najczęściej w technice olejnej. Jego obrazy, przeważnie abstrakcyjne, inspirowane są naturą bądź emocjami. Brał udział w wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych.
Więcej informacji o Marcinie Bogusławskim i jego twórczości: www.sgraffito.pl
Zdjęcia: Bartek Barczyk, Marcin Bogusławski, Jakub Certowicz, Aleksandra Szmigiel / archiwum Marcina Bogusławskiego





